Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegańskie. Pokaż wszystkie posty

9/26/2012

Najlepsze czerwone curry. Od podstaw.

O mojej miłości do curry wszelakich pisałam już kilka razy. Wciąż udoskonalam przepisy na pasty przyprawowe, by uzyskać jak najlepsze efekty. Wiem, że tylko kuchennych wariatów da się namówić do robienia własnych - te kupne (w każdym razie te pozbawione "polepszaczy") bywają całkiem niezłe, efekty nie różnią się dramatycznie, a własna mieszanka wymaga zgromadzenia pewnej liczby składników, niekoniecznie bardzo tanich. 
A jednak myślę, że warto - po pierwsze dlatego, że pozwala to na dostosowanie poziomu ostrości i równowagi smaków do własnych upodobań, po drugie dlatego, że świeże składniki zawsze są lepsze. Chilli, czosnek i imbir to składniki, chyba dość powszechnie występują w kuchniach, szalotki - jeśli nie ma się dostępu do Pana Ziółko, a jedynie do 500-gramowych paczek z Bretanii za 5zł (idiotyzm;)) - można zastąpić cebulą. Kmin rzymski to wspaniała przyprawa, bez której już nie wyobrażam sobie gotowania i naprawdę warto ją mieć. Suszone listki limonki kaffir nie są bardzo drogie i starczają na długo. Pewnym problemem może być trawa cytrynowa - mrożona z Kuchni Świata kosztuje kupę kasy, a świeżą, w doniczkach dość trudno znaleźć (swoją kupiłam pod Halą Mirowską) - myślę jednak, że zastąpienie jej wersją suszoną w proszku nie jest jakimś straszliwym grzechem. Zamiast limonki można użyć cytryny. Sos sojowy warto mieć w spiżarni. Nie jest więc chyba aż tak źle...:)

Czerwone curry z ziemniakami, marchewką, papryką i tofu
Przepis tajsko-własny
Na pastę curry: 
2 czerwone papryczki chilli
2-3 szalotki (zależnie od rozmiaru)
2 duże ząbki czosnku
kawałek imbiru wielkości kciuka
łyżeczka kminu rzymskiego, podprażonego i utłuczonego w moździerzu
2 łyżki sosu sojowego (użyłam jasnego)
ok. 7-centymetrowy kawałek trawy cytrynowej (lub łyżeczka trawy cytrynowej w proszku)
sok z połowy cytryny lub limonki

2 łyżki oleju
500 ml mleczka kokosowego
2 listki limonki kaffir
średnia cebula
średni ziemniak
marchewka
czerwona papryka
garść zielonej fasolki (ostatnio pan pod Halą strasznie śmiał się z mojej "miary" - no ale przecież wiadomo, ile to garść, nie?;))
liście kolendry

tofu
mąka kukurydziana
olej

ryż jaśminowy



Składniki pasty curry miksujemy w blenderze na gładką masę. Na głębokiej patelni podgrzewamy olej, dodajemy pastę i smażymy kilka minut. zalewamy mleczkiem kokosowym, wrzucamy liście limonki. Po kolejnych kilku minutach dodajemy pokrojoną w piórka cebulę i pokrojonego w kostkę ziemniaka, potem marchewkę, fasolkę i paprykę. Gotujemy warzywa do miękkości. W trakcie gotowania kilka razy próbujemy i, w razie potrzeby, doprawiamy sokiem z cytryny, sosem sojowym lub cukrem trzcinowym. Chodzi o idealną równowagę słodyczy, soli, ostrości i kwasku:)
Odsączone tofu kroimy w kostkę, obtaczamy w mące kukurydzianej i smażymy na oleju. 
Curry podajemy ze złotymi kostkami tofu, ryżem jaśminowym i mnóstwem świeżej kolendry.

9/03/2012

Najlepsza. Wegetariańska. Zupa wietnamska.

Nie będę ściemniać, że to najszybsze danie na świecie. Nie będę ściemniać, że jest proste i wymaga niewielu składników. Owszem: wymaga trochę pracy. Owszem: przygotowanie trwa trochę czasu. Owszem: pośród składników jest kilka dziwacznych rzeczy, dostępnych głównie w Kuchniach Świata i innych sklepach z orientalną żywnością. Ale: smak jest niezwykły. Ale: satysfakcja ze stworzenia dania, które znacie tylko z wietnamskich knajp, jest ogromna. Ale: nie, nigdy nie byłam w Azji, ale jeśli tak Azja smakuje, chciałabym tam pojechać. 

Wietnamski bulion ze smażonym tofu i makaronem ryżowym 
Przepis inspirowany wieloma innymi


bulion warzywny
2-3 szalotki
kawałek imbiru
kilka ząbków czosnku
papryczka chilli
kolendra, anyż, pieprz syczuański, cynamon
pasta z tamaryndowca
cukier trzcinowy
sos sojowy

makaron ryżowy (wstążki)

marchewka
młoda cebulka
ocet ryżowy, sos sojowy, olej sezamowy

tofu
mąka kukurydziana
olej do smażenia

kolendra
szczypiorek
orzeszki ziemne

Przygotowujemy bulion: podgrzewamy podstawowy bulion warzywny, dodajemy osmolone nad gazem szalotki i imbir, kilka ząbków czosnku, mały kawałek chilli i przyprawy, uprażone na suchej patelni: pieprz syczuański, gwiazdki anyżu, ziarna kolendry, laskę cynamonu. Gotujemy około 20 minut. Dodajemy pastę z tamaryndowca, brązowy cukier i sos sojowy, ewentualnie kilka kropli soku z limonki. Podstawą jest znalezienie właściwej równowagi smaków: słodkiego, ostrego, kwaśnego i słonego, dlatego nie podaję proporcji: każdy musi znaleźć właściwą. Gotujemy na malutkim ogniu przez jakiś czas, próbujemy i doprawiamy wedle smaku. 
Makaron ryżowy przygotowujemy wedle przepisu na opakowaniu: moje wstążki namoczyłam przez 10 minut i dodałam do bulionu. 
Marchewkę i cebulkę kroimy cieniutko, zalewamy marynatą z octu ryżowego, sosu sojowego i oleju sezamowego. Odstawiamy na pół godziny. 
Tofu kroimy w kostkę, oprószamy mąką kukurydzianą i smażymy w głębokim tłuszczu. Odsączamy na papierze kuchennym. 
Listki kolendry i szczypiorek siekamy, orzeszki ziemne zgniatamy w moździerzu. 
Do miseczki nakładamy makaron, układamy na nim kostki tofu. Zalewamy bulionem, posypujemy liśćmi kolendry, szczypiorkiem i orzeszkami ziemnymi. Zajadamy się. 

8/12/2012

Nietypowy hummus

Mam dwa wymarzone kierunki kulinarnych podróży: Indie i Bliski Wschód. Kuchnie te kojarzą mi się z aromatycznymi przyprawami, z przepysznymi plackami i sosami, w których można je maczać (co jest najlepsze na świecie: mój chłopak w ogóle śmieje się, że ja wszystko lubię "na bułeczce";)). Zwłaszcza indyjska kuchnia jest też - z oczywistych powodów - łaskawa dla wegetarian. 

Nie wiem, jak żyłam bez hummusu. Pamiętam, jak pierwszy raz kupiłyśmy go z mamą w Londynie, w jakimś M&S albo Waitrose, i zabrałyśmy na piknik. Potem odkryłam Hummus Bros i marzyłam, żeby taka knajpa pojawiła się w Polsce. Teraz hummus robię najczęściej sama, ale uwielbiam też ten z Beirutu na Poznańskiej. Tam podpatrzyłam tę ciecierzycową pastę (czy można ją jeszcze nazwać hummusem?) - nietypową, lekko ostrą, genialną. Kto by pomyślał, że ciecierzyca, chrzan i rozmaryn dadzą połączenie doskonałe? 

Hummus z chrzanem i rozmarynem
Przepis inspirowany hummusem z Beirut Hummus & Music Bar


puszka ciecierzycy
2 łyżeczki ostrego chrzanu
ząbek czosnku
gałązka świeżego rozmarynu
kilka kropel soku z cytryny
oliwa
sól

Ciecierzycę odsączamy, rozmaryn drobniutko kroimy. Wszystkie składniki blendujemy, stopniowo dodając oliwę i trochę wody. 
Podajemy z pitami, lub jako część "arabskiej uczty" - u mnie było też taboulleh, sałatka z mięty i pietruszki z grillowanymi warzywami i halloumi i ful mudammas, na który przepis niedługo:)

8/09/2012

Gaspacho

Hiszpański chłodnik gaspacho to pozornie najprostsza sprawa na świecie - cała robota polega na miksowaniu. Pozornie, bo najważniejsza jest harmonia smaków, dobre składniki i równowaga w doborze przypraw. Jadłam już nudziarskie gaspacho bez smaku, ale to z soczystych pomidorów od pana Ziółko, z letnią papryką, ogórkiem gruntowym i dobrą oliwą, wychodzi znakomicie.

Gaspacho
Przepis wypracowany


4 dojrzałe pomidory (u mnie - bawole oko)
1 ogórek gruntowy
1 czerwona papryka
1 ostra papryczka
1 młoda cebula
ok. 3 łyżek octu winnego
miąższ z 1 kajzerki
ok. 4-5 łyżek oliwy
sól, pieprz
grzanki z białej bułki (np. z tego, co zostało po kajzerce)

Z papryki, ogórka i cebuli odkrajamy po małym kawałku, kroimy w kosteczkę. Resztę składników miksujemy w blenderze. Ocet, sól i papryczkę możemy dodawać po trochu, żeby osiągnąć smak, który najbardziej nam odpowiada. Do zmiksowanej zupy dodajemy kawałki warzyw. Podajemy z grzankami zrumienionymi na suchej patelni i, ewentualnie, z lodem.

8/02/2012

Udon ze smażonym tofu, chilli i szalotkami

Od dawna przymierzałam się do zakupu japońskiego makaronu udon. Nigdzie nie mogłam go znaleźć - soba, mie i makaron ryżowy są właściwie wszędzie, a mojego ulubionego, grubego, pszennego makaronu nie widziałam ani w Kuchniach Świata, ani w Carrefourach. Znalazłam go w końcu - nie wiem, czy dlatego, że dopiero niedawno zaczęto go sprowadzać, czy też dlatego, że dopiero niedawno zorientowałam się, że sprzedaje się go w wersji "świeżej" i należy go szukać w lodówkach;) W każdym razie jest i w dużych Carrefourach, i w Kuchniach Świata, i w Bomi. Hurra!
Zrobiłam go z moją ulubioną ostatnio kombinacją - kostki obsypanego mąką kukurydzianą, chrupiącego tofu, szalotki, imbir, chilli i sos sojowy. Pyszności!

Makaron udon z tofu, chilli i szalotkami
Zmodyfikowany przepis Yotama Ottolenghiego


100 g makaronu udon
1/2 kostki tofu smażonego jak w tym przepisie
2 szalotki, posiekane
1/2 papryczki chilli, posiekanej
2 ząbki czosnku, posiekane
łyżeczka posiekanego imbiru
po łyżce ciemnego i jasnego sosu sojowego
łyżeczka brązowego cukru
łyżeczka czarnego pieprzu
szczypiorek i kolendra
olej roślinny/z orzeszków ziemnych

Na oleju smażymy szalotki, chilli, czosnek i imbir. Po około 15 minutach, kiedy wszystko będzie miękkie, dodajemy sosy sojowe i cukier, potem pieprz i makaron. Smażymy około 3 minut. Na końcu dodajemy tofu. Posypujemy szczypiorkiem i kolendrą.

6/26/2012

Kremowe curry z ciecierzycy i naany z czarnuszką

Na blogu znowu trochę zamilkłam. Powody są dwa: dieta (całe trzy dni na razie wytrzymałam, nie ma się jeszcze czym chwalić;) jeszcze trochę to potrwa, mam nadzieję) i praca (w tym nowa, związana z kulinariami zresztą, ale o tym na razie ciii, choć pewnie za jakiś czas się pochwalę:)). W oczekiwaniu na to, aż zacznę jeść coś poza chudym serkiem wiejskim z pomidorami, bulionem i jajkami, zamieszczam szybki przepis z tych szczęśliwych czasów, kiedy jeszcze nie myślałam wciąż o jedzeniu, tylko po prostu jadłam;)

Kremowy gulasz z ciecierzycy i naany z czarnuszką
przepis na curry - własny, na naany - stąd


szklanka ugotowanej ciecierzycy (lub 1 puszka)
2 młode cebule
2 ząbki czosnku
spory kawałek imbiru
1/2 papryczki chilli
po 1/4 łyżeczki kminu, kolendry, jasnej gorczycy, kopru 
2-3 liście curry (opcjonalnie, ja akurat kupiłam drzewko pod Halą Mirowską)
1 puszka pomidorów
sól, klarowane masło/olej
do podania: jogurt z miętą, liście kolendry

Przyprawy wrzucamy na patelnię, prażymy przez 2-3 minuty. Kiedy zaczną pachnieć, przerzucamy do moździerza i rozgniatamy. Na maśle lub oleju podsmażamy cebulę, dodajemy czosnek, imbir, chilli, liście curry i przyprawy. Po 10 minutach, kiedy wszystko będzie miękkie i pachnące, dorzucamy ciecierzycę, pomidory i pół szklanki wody. Gotujemy przez kolejnych 10 minut. Żeby curry było bardziej kremowe, kilka łyżek wyjmujemy, miksujemy i z powrotem dodajemy do curry. Po kolejnych 5 minutach zdejmujemy z ognia. Podajemy z gęstym jogurtem zmiksowanym z solą i sporą ilością liści mięty, świeżą kolendrą i naanami. 

6/19/2012

Vietnamese Tofu Sandwich

Na Chmielnej pojawił się ostatnio "wietnamski Subway" - Cheng Way - z kanapkami w orientalnym stylu. Pośród różnych pasztetów i kurczaków teriyaki można tam również znaleźć bagietkę ze smażonym tofu. Jest smaczna, trochę za tłusta ze względu na dodatek smażonej cebulki do smażonego tofu, ale smaczna. I jak to zazwyczaj z dobrymi fast foodami czynię - spróbowałam odtworzyć ją w domu. Wyszła inna, ale bardzo smaczna:)

"Wietnamska" kanapka z tofu
Przepis improwizowany, inspirowany kanapką z Cheng Way


mini-bagietka
tofu (moje było lekko zamarynowane w sosie sojowym), oprószone mąką kukurydzianą i usmażone
szalotka lub młoda cebulka, podsmażone na chrupko
kapusta pekińska
pomidor
kiełki
kolendra
słodki sos chilli (z tego przepisu)
sos sojowy

Bagietkę lekko opiekany, obkładamy ciepłą cebulką i tofu, dodajemy warzywa i polewamy sosami. Pałaszujemy.

5/23/2012

Noodle w pudle... w domu (czyli stir fry z zielonym curry)


Zaprawdę powiadam wam, nadejdzie kiedyś taki dzień, kiedy nauczę się robić zdjęcia. Kiedy w ogóle zachce mi się robić dobre zdjęcia. Kiedy zacznę nosić jedzenie po całym domu w poszukiwaniu odpowiedniego światła, zamiast cykać naprędce tuż przed zeżarciem. Kiedyś. Tymczasem musicie mi wierzyć na słowo, że ryżowy makaron z domową pastą curry, smażonym tofu i warzywami od pana Ziółko był pyszny. Znacznie lepszy, niż mogłoby sugerować to żenujące zdjęcie. 


Makaron ryżowy z tofu, zielonym curry i warzywami
Przepis własny

makaron ryżowy (ok. 200 g)
papryka
cebula
kawałek pora
pół kapusty bok choy

tofu smażone jak w tym przepisie

pasta curry: 
2 szalotki
4 ząbki czosnku
2 papryczki chilli
kawałek imbiru wielkości kciuka
łyżeczka ziarenek kolendry
łyżeczka suszonej trawy cytrynowej (świeża z pewnością jest jeszcze lepsza)
garść liści (i łodyżek też) kolendry
garść liści bazylii tajskiej
łyżka sosu sojowego
łyżeczka cukru
ok. 2 łyżek mleczka kokosowego

liście kolendry i tajskiej bazylii
ew, orzeszki ziemne
olej, olej sezamowy, sól

Składniki pasty curry wrzucamy do blendera i miksujemy. Proporcje są orientacyjne, chodzi o osiągnięcie słynnej tajskiej "równowagi smaków" - słonego, słodkiego, kwaśnego i ostrego.
Makaron gotujemy zgodnie z przepisem na opakowaniu. Warzywa siekamy, liście rwiemy. 
Na patelni (lub, jeszcze lepiej, w woku, którego nie mam) rozgrzewamy olej, wrzucamy cebulę, pora i paprykę, smażymy chwilę, dodajemy bok choy i kopiastą łyżeczkę pasty. Jeszcze chwilka i dodajemy makaron, smażymy chwilę na dużym ogniu i sprawdzamy, czy smak jest wystarczająco intensywny (ja dodałam jeszcze pół łyżeczki pasty w czasie smażenia). Przekładamy do miski/na talerz, mieszamy z ziołami,  skrapiamy olejem sezamowym, posypujemy orzeszkami i tofu. Zajadamy. 



3/04/2012

Nie trzeba kupować pasty curry...

... choć oczywiście można. Wydaje mi się, że istnieją na rynku pasty curry pozbawione konserwantów i innych syfów, złożone wyłącznie z przypraw i wiążącego je tłuszczu. Nie zmienia to oczywiście faktu, że jeszcze fajniej jest zrobić curry samemu, od podstaw. Zwłaszcza że jest to banalnie proste i - choć wymaga kilku składników - każdy z nich może zostać wykorzystany do wielu innych celów. 
Ja chciałam zrobić żółte curry - takie smakuje mi najbardziej. Znajduje się gdzieś pomiędzy kuchnią indyjską a tajską - hinduskie smaki uwielbiam bezgranicznie, tajskich wciąż się uczę, bo zielone curry na przykład wciąż smakuje mi trochę jak płyn do mycia naczyń;) No i pasta była żółta, danie jednak ma kolor, powiedzmy, pomarańczowawy, ze względu na dodatek pomidorów. A dodałam je dlatego, że miałam zbyt mało mleczka kokosowego, by "uspokoić" bardzo, bardzo, bardzo ostrą pastę. Jakem fanka pikanterii - okazało się, że proporcje podane w tajskim przepisie przerastają nawet mnie;) Pomidory są w przepisie absolutnie niekonieczne (choć też nie psują efektu), więc - przy użyciu takiej ilości pasty - sugeruję zaopatrzenie się w odpowiednią ilość mleczka, żeby regulować intensywność przypraw. 
Tajskie curry wydaje mi się idealnym daniem dla wegan - można do niego dodać mnóstwo cudnych rzeczy: tofu, paprykę, pieczarki, marchewkę, cukinię, bakłażana, pędy bambusa, ziemniaki, cebulę, mini kukurydzę, ananasa itp. etc. W moim znalazły się ziemniaki, marchewka, cebula i papryka - no i te nieszczęsne pomidory:) Każde tajskie curry smakować będzie doskonale z jaśminowym ryżem. 

Żółte curry wegetariańskie - od podstaw
Przepis improwizowany, inspirowany etykietami z kupnych past curry


2 łyżeczki suszonej trawy cytrynowej (lub 1 łodyga świeżej)
2 papryczki chilli (nie wiem, czy żółte są w ogóle w Polsce dostępne; u mnie czerwone)
2 szalotki
4 ząbki czosnku
1 łyżeczka mielonej kolendry
1 łyżeczka mielonego kminu
3/4 łyżeczki kurkumy
1/2 łyżeczki cynamonu
2 łyżki ciemnego cukru
1 łyżka soku z limonki
ew. 1 łyżka sosu rybnego (nie użyłam)
1 puszka mleczka kokosowego (sugeruję więcej;))
1-2 łyżki oleju

twarde tofu, pokrojone w kostkę
ulubione warzywa, np.: cebula, papryka, bakłażany, cukinia, pędy bambusa, marchewka etc. 
liście kolendry

Suszoną trawę cytrynową zalewamy wodą i odstawiamy na 10 minut, odsączamy. Składniki pasty miksujemy. W garnku rozgrzewamy olej, dokładnie mieszamy z pastą. Dodajemy mleczko kokosowe, doprowadzamy do wrzenia. Pokrojone tofu i warzywa wrzucamy do płynu, gotujemy do miękkości. Podajemy z ryżem jaśminowym i całym mnóstwem świeżej kolendry. 




1/17/2012

Zamieszaj, usmaż, zjedz czyli o skomplikowanych relacjach z Orientem

Wyznanie: nigdy nie przepadałam za kuchnią dalekowschodnią. Indie, Bliski Wschód - z przyjemnością. Ale Chiny, Japonia, Tajlandia, Wietnam - mimo wszystkich różnic między nimi - niekoniecznie. Jasne, lubiłam bakłażany w Bliss na Mariensztacie, jasne - sajgonki i zupa pho (np. z Nam Sajgon na Brackiej) mają swój urok. Ale tak generalnie - sos sojowy mało mnie kręci, trawa cytrynowa smakuje trochę jak płyn do mycia naczyń, od grzybów mung wolę borowiki, od bok choi - normalną kapustę. 

Przy całej więc mojej sympatii dla poszukiwania autentycznych smaków Włoch, Meksyku, Indii czy Turcji, muszę przyznać szczerze: sushi najbardziej smakuje mi z serkiem i ogórkiem. Smaki Dalekiego Wschodu sprawiają, że staję się bezwstydną Europejką, którą trzeba edukować, a która i tak woli, by było jakoś tak "mniej wschodnio". Ale powoli się uczę.
I zrobiłam stir-fry. Niekoniecznie autentyczny, ale... fantastyczny. Niesamowicie kolorowy. Na bogato:)


Szalony stir-fry ze smażonym tofu i makaronem ryżowym
Przepis improwizowany

pół kostki tofu
mąka kukurydziana
przyprawa 5 smaków (u mnie domowa: anyż, cynamon, pieprz syczuański, kolendra i kozieradka, podprażone i zmielone)
makaron ryżowy (ok. 150g)
czerwona cebula
marchewka
papryka
ananas (3-4 krążki)
2 ząbki czosnku
pół papryczki chilli
kawałek imbiru 
olej, sól (albo sos sojowy)
do podania: świeża kolendra, szczypiorek, marynowany czosnek, olej sezamowy

Zaczynamy od odsączenia tofu (Jakąś godzinkę tofu leży sobie pod ciężką puszką. Raczej nie pod słoikiem - raz leżało pod słoikiem, a potem słoik spadł i przez godzinę czyściłam kuchnię z miodu) i - o ile robimy ją sami - przygotowania przyprawy 5 smaków. Przyprawę mieszamy z mąką kukurydzianą, odsączone tofu kroimy w kosteczkę i odkładamy. 
Makaron ryżowy przyrządzamy zgodnie z instrukcją na opakowaniu (moje wstążki namaczałam przez 10 minut w ciepłej wodzie). Czosnek, chilli i imbir kroimy drobniutko, na patelni (lub - pewnie lepiej, ale nie mam - w woku) rozgrzewamy odrobinę oleju i wrzucamy przyprawy, pokrojoną w piórka cebulę, marchewkę, ananasa i paprykę (tu oczywiście można zaszaleć - świetnie pasują brokuły, groszek cukrowy, pieczarki etc.). 
Na drugiej patelni rozgrzewamy sporo oleju i smażymy w nim obtoczone w mące i przyprawie kostki tofu. Odsączamy na papierze kuchennym. 
Do warzyw - kiedy troszkę zmiękną, ale pozostaną chrupkie - dodajemy odsączony makaron, smażymy jeszcze chwilę. Podajemy ze złotymi kostkami tofu, posypane kolendrą, szczypiorkiem, marynowanym czosnkiem. Można doprawić sosem sojowym i olejem sezamowym albo podać z domowym sosem sweet chilli.
Taki już urok przepisów improwizowanych - zasady na chwilę przestają obowiązywać. 


1/09/2012

Słodkie ziemniaki, Radek Sikorski, ciecierzyca, Maroko.

W bardzo przyjemnej knajpce Bezgraniczna nieopodal placu Grzybowskiego zjadłam już podczas swoich trzech wizyt wszystkie dostępne bezmięsne dania. Wszystkie okazały się smaczne lub bardzo smaczne - szczególnie polecam hondurańską (tak się mówi??) tortillę z jajecznicą i fasolą i karaibskie patacones - słone placki z "rajskich bananów"). Jakby ktoś nawet nie był głodny, lecz za to pożądał widoku celebrities, również  nie powinien wyjść stamtąd rozczarowany - spotkałam tam też Radka Sikorskiego i Kazimierę Szczukę - i to za jednym zamachem. Miejsce jest zatem godne polecenia, także dlatego, że dostarcza kulinarnych inspiracji - kiedy w menu zobaczyłam "marokańską zupę z batatów i ciecierzycy" od razu pomyślałam, że muszę odtworzyć ją w domu. Nie wiem dokładnie, co znajduje się w bezgranicznej zupie, ale z mojej wersji byłam bardzo zadowolona. 

Krem z batatów i ciecierzycy
Przepis własny, inspirowany restauracją Bezgraniczna


1 duży batat
puszka ciecierzycy (lub odpowiednia ilość namoczonej i ugotowanej)
1-2 marchewki, zależnie od wielkości
2 ząbki czosnku
mały kawałek imbiru
po ok. pół łyżeczki kurkumy oraz kolendry i kminu (uprażonych i zgniecionych w moździerzu)
sól, oliwa z oliwek, sok z cytryny
bulion warzywny
do dekoracji ewentualnie: chipsy z batatów, jogurt naturalny, ciecierzyca, kolendra

Do garnka wlewamy oliwę, wrzucamy przyprawy oraz posiekany czosnek i imbir, smażymy chwilę, aż zaczną pachnieć. Dodajemy pokrojoną na nieduże kawałki marchewkę i zalewamy bulionem, gotujemy chwilkę, dorzucamy batata i gotujemy aż warzywa zmiękną. Wrzucamy odsączoną ciecierzycę i miksujemy na gładki krem, w razie potrzeby dolewamy wody lub bulionu. Doprawiamy solą i sokiem z cytryny. Podajemy (do wyboru lub wszystko naraz:)) z chipsami z batata (cieniutkie krążki usmażone w głębokim tłuszczu), kleksem jogurtu, ziarenkami ciecierzycy i kolendrą.

Przepis dołączam do akcji Ministerstwo Zupy i Warzywa strączkowe. 

1/06/2012

Nie ma nic w domu, zróbmy coś pysznego

Lubię mieć pełną lodówkę. Sporo warzyw, makarony, ryże, warzywa strączkowe, oliwy, sery, jajka, całe mnóstwo przypraw... Ale lubię też wszystko (prawie) wykończyć i wyruszać na wielkie zakupy z całym mnóstwem przepisów w głowie. Czasami jednak zdarza się dzień "pomiędzy", kiedy po prostu "nic" nie ma. A wtedy zaczyna się radosne kombinowanie. A w kombinowaniu niezrównaną pomocą są kucharskie książki (moje ostatnie zdobycze to "Real Fast Food" Nigela Slatera, "Apetyczna panna Dahl" i "Kuchnia wegetariańska z fantazją"), no i blogi oczywiście. Zupełnym przypadkiem, parę dni temu, kiedy byłam w kompletnej desperacji, bo w kuchni pustka, a "taaaaka brzydka pogoda", wskoczyłam na The Wednesday Chef i znalazłam idealny przepis. Mam w domu cebulę, ha! Mam marchewkę, ha! Soczewicę mam zawsze, bingo! No a przyprawy, to wiadomo. 
Curry z pieczonej marchewki i czerwonej soczewicy okazało się strzałem w dziesiątkę. Jest cudownie słodkie i lekko pikantne, idealne na długie zimowe tzn. jesienne wieczory. Zrobiłam je w zasadzie według przepisu, nie użyłam tylko papryki Aleppo, a mieszanki słodkiej i wędzonej papryki i pieprzu cayenne. Jak widać na zdjęciu dodałam też mniej wody. Podałam z jogurtem i posiekaną pietruszką.

Curry z pieczonej marchwi, cebuli i czerwonej soczewicy
Przepis za The Wednesday Chef (zmienione proporcje)

5-6 marchwi
oliwa z oliwek
mała / średnia cebula
pół szklanki soczewicy (mniej więcej, ja się chyba nigdy nie nauczę porządnie odmierzać przy gotowaniu;))
wędzona i słodka papryka
pieprz cayenne
sól, pieprz, oliwa z oliwek
bulion warzywny (duży kubek, jeśli dążymy do konsystencji curry; jeśli planujemy zupę - odpowiednio więcej)

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Obraną (i - jeśli jest duża - pokrojoną na połówki) marchewkę wkładamy do żaroodpornego naczynia, polewamy oliwą i posypujemy solą. Po 20 minutach pieczenia odwracamy i dodajemy pokrojoną na krążki cebulę, pieczemy jeszcze 10-15 minut. Wyjmujemy z piekarnika, lekko studzimy, kroimy na nieduże kawałki i wrzucamy do garnka razem z przyprawami i (ewentualnie, ja już nie dodawałam) jeszcze jedną łyżką oliwy. Podsmażamy chwilę, po czym wrzucamy soczewicę i bulion. Gotujemy soczewicę do miękkości (ok. 15-20 minut), od czasu do czasu mieszając. Podajemy z gęstym jogurtem i pietruszką lub kolendrą. 


Przepis dodaję do dwóch akcji: Tylko ze spiżarni II i Warzywa strączkowe.

12/19/2011

Świąt nie będzie

Ten "szczególny czas", kiedy wszyscy powinniśmy "zwolnić", by "być razem" i "cieszyć się rodzinnym ciepłem". Świetlista choinka, a pod nią prezenty będące wyrazem głębokiej miłości. Dwanaście dań na pięknie dekorowanym stole i wspólnie śpiewane kolędy o stajence. 
Stop.
Mam czas dla swojej rodziny i przyjaciół także w pozostałe 362 dni w roku. Nie siadam przy pięknym stole i dwunastu potrawach, bo wszyscy w mojej rodzinie mają lepsze rzeczy do roboty niż stawianie po domu świeczek i gotowanie kilogramów kapusty, której nikt nie lubi. Kiczowate bombki na biednym drzewku też mi nie są do niczego potrzebne, o mękach karpia nawet nie wspominając. Nie ma nic gorszego niż świąteczne piosenki, a nawet ładne kolędy po 25 przeżytych świętach mogą się znudzić. Ludzie w sklepach już od początku grudnia wyglądają jak banda durni, latających z wywieszonym jęzorem, żeby skonsumować jak najwięcej - śledzi, prezentów, pierników, światełek. Rozumiem wierzących - dla nich święta mają znaczenie religijne, to jasne. Przyjmuję do wiadomości, że niektórym niewierzącym (chyba większości, niestety) potrzebne są takie puste rytuały - Boże Narodzenie czy Walentynki - to w optyce marketingowej nie ma większego znaczenia. Ale ja dziękuję, mnie proszę do tej zabawy nie podłączać. 
Chociaż w sumie cieszę się na święta - nikt mi nie będzie zawracał głowy, kiedy spokojnie ponadrabiam pracowe zaległości, zrobię sobie talerz makaronu i - kto wie - może nawet upiekę swoją ulubioną szarlotkę i zjem ją całkiem sama, absolutnie z nikim się nie dzieląc. 

Szarlotka to kruchy spód z mąki, masła i szczypty soli, podpieczony przez 15 minut przed nałożeniem owoców; jabłka (champion) pokrojone i podgotowane; kruszonka z mąki, masła, cukru trzcinowego, cynamonu i płatków owsianych. 40 minut w 175 stopniach.


A moja ulubiona świąteczna piosenka brzmi tak:



11/30/2011

Tofu attack, część II. Wietnamska zupa w towarzystwie gwiazd.

W październiku miałam ogromną przyjemność pracować po raz kolejny na Warszawskim Festiwalu Filmowym. Przyjemność była tym większa, że po raz pierwszy tłumaczyłam spotkania z Gwiazdami przez duże G. Kojarzycie tego pana? No pewnie, że kojarzycie. Ten pan jest reżyserem i scenarzystą, więc z twarzy możecie nie kojarzyć, ale chyba hasła "Godziny" i "Lektor" wystarczą. Tak, to on jest autorem słów wypowiadanych przez Nicole Kidman, Julianne Moore i Kate Winslet. Panowie przyjechali z filmem "Ósma strona", który otwierał festiwal. I byli fantastyczni, o czym świadczyć mogą choćby... ich kulinarne zachcianki.


Po sesji wywiadów miałyśmy razem z koleżanką, która się panami opiekowała, zabrać ich na lunch. Nikt nie powiedział nam, dokąd, więc zastanawiałyśmy się długo i namiętnie. Dzień wcześniej jedli już pierogi i barszcz, więc nie musiała być to koniecznie polska knajpa. Miałyśmy do czynienia z gwiazdami, więc myślałyśmy o czymś eleganckim, o czymś wyrafinowanym, o czymś fancy. Myślałyśmy i myślałyśmy, a wtedy do sali wbiegła żona Davida Hare, Nicole Fahri. "Słuchajcie" - powiedziała podekscytowana - "kierowca opowiedział mi, że macie tutaj taki wspaniały, wietnamski bar. I że w Warszawie mieszka wielu Wietnamczyków. Chodźmy tam, chodźmy." Popatrzyłyśmy na siebie lekko skonfundowane. Wietnamski bar? Zupka taka? Plastikowa karta ze zdjęciami nudli? Seriously? Gwiazdy jednak podchwyciły temat i kazały się zabrać do Nam Sajgon. Za obiad dla 5 osób zapłaciliśmy 100 złotych i wyszliśmy zachwyceni. Wszyscy, laureaci Złotych Globów również. 

W Nam Sajgon jadłam bardzo fajną zupę z tofu, którą ostatnio - w ramach tofuprzetwórstwa - postanowiłam odtworzyć w domu. Nie będę udawać, że wyszło identycznie, ale wyszło fajnie. 

Zupa "pho" z tofu
Przepis metodą prób i błędów;)

Bulion:
1-2 ząbki czosnku
kawałek imbiru wielkości kciuka
1/2 papryczki chilli
bulion warzywny (2 marchewki, pietruszka, natka pietruszki, kawałek selera, kawałek pora, cebula, liść laurowy, olej)
gwiazdka anyżu, laska cynamonu, 1/2 łyżeczki ziaren kolendry, 2 goździki
sos sojowy

marchewka
kilka różyczek brokuła
makaron wstążki ryżowe

Dodatki:
smażone tofu - tofu pokrojone w kostkę, panierowane w mące kukurydzianej i usmażone w sporej ilości tłuszczu
kolendra
szczypiorek
limonka
cieniutko pokrojona czerwona cebula zamarynowana w soku z limonki
kiełki


Na początku zrobiłam podstawowy bulion warzywny: cebulę opaliłam nad gazem, warzywa obrałam i grubo pokroiłam, podsmażyłam na odrobinie oleju, zalałam wodą, dodałam liść laurowy, pieprz i natkę pietruszki, gotowałam przez mniej więcej godzinę. 
Na suchą patelnię wrzuciłam anyż, cynamon, kolendrę i goździki. Smażyłam krótką chwilę, aż zaczęły pachnieć. Zalałam bulionem, dodałam starte drobno imbir, czosnek i chilli. Gotowałam dalej, by wszystkie smaki się spotkały (byłam bardzo zaskoczona, że udało mi się odtworzyć zapach bulionu, który znam z wietnamskich / chińskich knajpek). 
Kiedy bulion już mocno pachniał, przecedziłam go i dodałam pokrojoną w paseczki marchewkę, główki brokułów i namoczony i odsączony makaron ryżowy. Przyprawiłam sosem sojowym i sokiem z limonki.
Podałam z kostkami smażonego tofu, kolendrą, szczypiorkiem, cebulą i kiełkami. 

PS. Aha, a następnego dnia, byliśmy z gwiazdami w Przekąskach Zakąskach na śledziu. 
PS. PS. Jakby ktoś wciąż nie był do końca pewien, o kim mówię - teraz wszystko powinno stać się jasne;)


Po pewnych technicznych przejściach i moich zaniedbaniach, dołączam wpis do prowadzonej przez Ptasię akcji Korzenny Tydzień :)

11/29/2011

Tofu attack, część I. Sezam, brokuły i zasadnicze wątpliwości.

Ja się tak naprawdę jeszcze nie zdecydowałam, czy lubię tofu. Nawet się nie dziwię mięsożercom, którzy, podejrzewając, że dla wegetarian jest ono zamiennikiem krwistego steka, pukają się w czoło. Umówmy się - tofu samo w sobie nie jest jakoś szczególnie atrakcyjne. Dobra, dobra - wiem, że pisząc te słowa narażam się przyjaciołom weganom, ale być może nawet oni zgodzą się ze stwierdzeniem, że tofu wymaga sporo inwencji. Trochę wysiłku. I że w sumie większość skomplikowanych czynności, które się przy nim wykonuje, ma za zadanie ukryć wstydliwy fakt, że samo w sobie tofu jest bez smaku. 

Z drugiej strony, jego ogromną zaletą jest to, że tym zabiegom poddaje się bez oporów i jest, jak wiadomo, szalenie uniwersalne. Jako że nie planuję rezygnacji z jajek i mleka, eksperymenty w stylu "tofucznicy" czy "pasty niby-jajecznej" nie są mi do szczęścia potrzebne, z drugiej jednak strony w różnych przepisach dalekowschodnich, w których nabiału się jakoś szczególnie nie używa, tofu okazuje się głównym  białkowym "konkretem" dostępnym dla wegetarian. Bardzo polubiłam np. wegetariańską zupę ze smażonym tofu z Nam Sajgon (o próbie odtworzenia której napiszę niedługo). Sama jestem jeszcze początkującą adeptką tofuprzetwórstwa, więc kremowo-waniliowy smak tofurnika był dla mnie sporym - i bardzo pozytywnym - zaskoczeniem. Postanowiłam dać tofu w swojej kuchni kolejną szansę;)


Pierwszym przepisem, który wypróbowałam, było smażone tofu w panierce z mąki kukurydzianej i sezamu. Aby nadać mu smak (hehe), wcześniej marynowałam je kilka godzin w mieszance miodu, sosu sojowego, siekanego imbiru, czosnku i chilli. Usmażyłam na dość sporej ilości rozgrzanego oleju i porządnie wysuszyłam na papierowym ręczniku. Podałam z jaśminowym ryżem z dodatkiem podsmażonej czerwonej cebuli i świeżej kolendry i z brokułami z dressingiem azjatyckim pomysłu Jamiego Olivera (przepis tu). 


Cóż mogę powiedzieć - wszystkim nieprzekonanym polecam ten przepis. Ja już jestem prawie kupiona;)

11/24/2011

Habent sua fata praecepti

Zacznijmy od tego, że musiałam zaplanować wegański obiad z okazji odwiedzin O. z Więcej Yofu! Nie jest to niby szczególnie trudne zadanie dla wegetarianki, ale że nie chciałam robić tofu ani seitanów, w których przygotowywaniu O. jest mistrzynią, a makarony wydały mi się zbyt proste, sięgnęłam do jednej z moich ulubionych stron 101 cookbooks w poszukiwaniu inspiracji. Przeglądałam, przeglądałam i znalazłam przepis na falafle ze słodkich ziemniaków i mąki ciecierzycowej. Super - pomyślałam - będą pasować doskonale do moich tzatzików w wersji z jogurtem sojowym, do ulubionych glazurowanych marchewek i sałatki z kuskusu i ciecierzycy z sosem z tahini, oliwy, cytryny, kminu, ziaren kolendry i słodkiej papryki. 

Historii, która towarzyszy przepisowi na początku nawet nie przeczytałam. Coś mi niby przypominał... ale co? Dopiero kiedy porządnie się przyjrzałam notce Heidi, zorientowałam się, że receptura na Sweet Potato Falafel pochodzi z książki wydanej przez angielską sieć Leon Restaurants, a po chwili zdałam sobie sprawę, że a) już tam byłam, b) już go jadłam, c) mam nawet zdjęcie;)


Moje falafle - przed upieczeniem - wyglądały tak:


Wyszły - jak sądzę - jak trzeba, smakowały całkiem nieźle i byłoby pięknie, gdyby O. po spróbowaniu nie uznała, że jednak nie lubi słodkich ziemniaków, a na odchodnym nie dodała, że nie lubi falafli :P Szczęśliwie reszta jedzenia była już w porządku, a wyżerkę zakończyliśmy pysznym tofurnikiem. A falafle, mimo wszystko, polecam - w każdym razie wszystkim, którzy lubią bataty:)

11/22/2011

"Średniowieczna" ribollita

"Ribollita" znaczy po włosku "ugotowana ponownie". Potrawa ta podobno (podkreślam "podobno", bo nie sprawdziłam dokładnie źródeł, a jako osoba niby-naukowo-zajmująca-się-średniowieczem nie chciałabym popełnić błędu) wywodzi się ze średniowiecznej Toskanii. Oto po ucztach, podczas których możni używali zamiast talerzy kawałków chleba (to akurat prawda na pewno;)) służba zbierała ponoć rozmoczone kawałki, dodawała je do dostępnych sobie, niedrogich warzyw i przygotowywała skromniejszy, acz sycący posiłek. 
Ribollita to genialne danie na chłodne dni - nie wiem, jak wy, ale ja mam w zimie ochotę na sycące, ciepłe, bardzo aromatyczne zapiekanki lub potrawy jednogarnkowe. Ribollita - tak jak indyjski dahl albo (stylizowany na;)) węgierski gulasz z boczniaków, który pokażę niebawem - spełnia te warunki celująco. 

Ribollita 
Przepis własny, inspirowany 101 cookbooks

1 czerwona cebula
1 gałązka selera naciowego
1 średnia marchewka
1/2 - 1 papryczka chilli (zależnie od pożądanej ostrości; ja do swojej dodałam jeszcze makaron z chilli i było trochę zbyt hardkorowo;))
2 ząbki czosnku
2 szklanki ugotowanej fasoli (u mnie fasola w ciapki, tradycyjnie - biała)
puszka krojonych pomidorów
miąższ z 2-3 kromek chleba
oliwa z oliwek
sól selerowa, pieprz, ew. odrobina suszonego oregano i skórka z połowy cytryny
ew. ugotowany drobny makaron
natka pietruszki i parmezan do podania


Cebulę, selera, czosnek i chilli drobno siekamy, marchewkę trzemy na tarce. Do garnka o grubym dnie wlewamy oliwę z oliwek, dodajemy warzywa, solimy odrobinę i dusimy około 10 minut, aż zmiękną. Dodajemy pomidory, znów dusimy około 10 minut, aż nieco zgęstnieją. Dorzucamy 1,5 szklanki fasoli i szklankę wody. Pozostałą fasolę miksujemy z chlebem i chlustem wody. Dodajemy do gotującej się zupy i pozostawiamy na ogniu przez 20-30 minut. Dodajemy makaron, przyprawiamy solą, pieprzem, ewentualnie oregano i skórką z cytryny. Posypujemy pietruszką i parmezanem. 




11/11/2011

Masło orzechowe. Część II: warzywa.

W dniu, w którym z Warszawy najlepiej było uciec (nie to, bym nie opowiadała się po jednej ze stron: GO KOLOROWA NIEPODLEGŁA, jednak jako osoba niechętna demonstracjom i tłumom, ostrożna i zbyt czepialska, by się z kimkolwiek w pełni identyfikować, zostałam w domu), przypominam sobie wizytę w mieście, które pod wieloma względami Warszawę przypomina, a jednocześnie, według wielu, pozostaje dla niej niedościgłym wzorem. 
W Berlinie zawitałam późno, z wizytą u mojej koleżanki z Erasmusa. Potem byłam raz jeszcze, z chłopakiem, mam jednak wciąż wrażenie, że to mało, zdecydowanie zbyt mało. Berlin to miasto, jakie lubię - nieoczywiste, nie dla każdego, kontrowersyjne. 
Zapamiętałam wystawę w c/o. Zapamiętałam nocne szlajanie się po Kreuzbergu (a jak;)). Zapamiętałam włoską pizzerię ze świetnym menu ("Cały Berlin zajęty przez McDonaldusa i Kebabusa? Nie! Pozostaliśmy jeszcze my, jedyna ostoja prawdziwej, włoskiej pizzy";)) i warzywa w maśle orzechowym w orientalnej knajpce w okolicach Warschauer Strasse. Były pyszne, ale pozostało mi po nich ledwie słabiutkie wspomnienie. Moje warzywa to nie próba odtworzenia, tylko całkowicie dowolna interpretacja. 

Orientalne warzywa w maśle orzechowym 
przepis własny


2 łyżki masła orzechowego
1 łyżka octu balsamicznego
1 łyżka sosu sojowego

kawałek imbiru
mała papryczka chilli
ząbek czosnku
czerwona cebula
marchewka
2-3 pieczarki
papryka (lub pół dużej)
kilka różyczek brokuła
olej, ew. sól

Masło orzechowe mieszamy z octem i sosem sojowym. Na oleju podsmażamy imbir, czosnek, chilli i cebulę. Dodajemy pokrojoną w słupki marchewkę, zalewamy odrobiną wody i chwilkę dusimy, potem to samo robimy z papryką i brokułami, na końcu dorzucamy pieczarki. Dodajemy sos z masła orzechowego, mieszamy, w razie potrzeby dodajemy więcej wody. Podajemy z ryżem jaśminowym. 



10/24/2011

Warzywa po marokańsku. Dynia, część pierwsza.

Panowie, którzy przez ostatni miesiąc remontowali moją kuchnię, są prawdopodobnie najcudowniejszymi panami od remontów na świecie. Nie dość, że używają cudownych, arcywarszawskich zwrotów, które ja - urodzona w tym mieście - znam głównie z tekstów Projektu Warszawiak, nie dość, że mówią do siebie na zmianę per "żabko" i "cholero", nie dość, że wiedzą wszystko o uprawie warzyw i ziół i chętnie się tą wiedzą dzielą, nie dość, że mojego chłopaka ochrzcili "tym brodatym stworzeniem", nie dość, że mówią rzeczy w stylu "gazownik (w sensie sam mówiący;)) z przykrością stwierdza, że piecyk działa, więc teraz to elektryk (czyli również mówiący) musi się zabrać do roboty", nie dość w końcu, że zrobili nam śliczną kuchnię, to jeszcze... przywieźli nam dynię. 
No i w ten sposób wielgachna dynia zawitała i w moje skromne progi. I - przyznaję - po raz pierwszy z dynią gotowałam:) Na pierwszy ogień poszedł prosty krem (zrobiłam go jak krem z marchewki - z curry, cytryną, imbirem), na drugi - warzywa w stylu marokańskim. 

Aromatyczne warzywa w stylu marokańskim
Przepis własny, zainspirowany White Plate

duża marchewka (pokrojona w słupki)
kawałek dyni (taki, żeby było jej trochę więcej niż marchewki; pokrojony w kostkę)
pół puszki ciecierzycy
czerwona cebula
mała papryczka chilli (niezbyt ostra)
ząbek czosnku
po łyżeczce kminu i cynamonu
ok. 2 łyżeczki kurkumy
łyżka brązowego cukru
sól, pieprz, oliwa
bulion (może być i woda, ja akurat miałam bulion warzywny pod ręką)


Kmin podprażamy na suchej patelni, ucieramy w moździerzu. Na oliwie podsmażamy piórka cebuli (dość duże, możemy od razu dodać odrobinę soli), dodajemy czosnek, papryczkę, kmin, cynamon, kurkumę i cukier. Dokładnie mieszamy, a po chwili dodajemy marchewkę pokrojoną w słupki i kilka łyżek bulionu, przykrywamy i dusimy ok. 8 minut. Dodajemy dynię, więcej bulionu i przykrywamy na kolejnych 10 minut. Dosypujemy ciecierzycę i zostawiamy jeszcze na chwilkę, by się podgrzała, doprawiamy solą i pieprzem. Podajemy z ryżem basmati, jogurtem (ew. śmietaną) i świeżą pietruszką (ew. kolendrą). 

Przepis dołączam do Festiwalu Dyni, organizowanego przez Beę. 

10/21/2011

Stir fry z bakłażanów z sosem chilli

Kolejny przepis z mojego ulubionego Masterchef Australia. Ten zaprezentowała Kylie Kwong. Moja wersja jest dość podobna, chociaż ilość oleju zmniejszyłam chyba o połowę. Już nawet nie chodziło o kalorie, po prostu w przepisie było go STRASZNIE DUŻO;) Wbrew pozorom - owszem, poszło sporo papryczki - danie nie było szczególnie ostre, pewnie dlatego, że usunęłam nasiona, a i sama papryczka do najbardziej hardkorowych najwyraźniej nie należała. 

Stir fry z bakłażanów z domowym sosem chilli
Zmodyfikowany przepis Kylie Kwong (Masterchef Australia)



1 średni bakłażan
1 łyżka oleju z orzeszków ziemnych
sporo drobno posiekanej kolendry (listki i łodyżki)
mała dymka
łyżeczka pieprzu syczuańskiego i soli
Sos chilli:
2 łyżki oleju z orzeszków ziemnych
2 czerwone papryczki chilli
4 ząbki czosnku
kawałek imbiru wielkości kciuka
łyżeczka sosu sojowego

Bakłażana pokroiłam na kawałki, posoliłam, odstawiłam, (niektórzy twierdzą, że nie jest to wcale konieczne dla pozbycia się goryczki, ale strzeżonego...) opłukałam i wysuszyłam. Na lekko rozgrzany olej wrzuciłam chilli, czosnek i imbir, mieszałam około 5 minut na małym ogniu. Zdjęłam z kuchenki i dodałam sos sojowy. Sól i pieprz syczuański podgrzałam na patelni, a kiedy zaczęły pachnieć, wrzuciłam do moździerza i utarłam. Na patelni (niestety nie mam woka, więc taki to średni stir fry;)) rozgrzałam łyżkę oleju, wrzuciłam bakłażana i przez ok. 3 minut smażyłam na dużym ogniu, a potem ok. 5 - na małym. Do bakłażana wlałam sos chilli i dusiłam jeszcze około minuty. Wymieszałam z drobno posiekanym szczypiorkiem i kolendrą. Podałam z jaśminowym ryżem.